wtorek, 23 sierpnia 2016

Sprawa dla reportera

Drogi M.,
Nie wiem nawet od czego zacząć. Tyle się wydarzyło od mojego ostatniego listu! Van Eyck, pamiętasz? Tylu innych, holenderskich mistrzów poznałam w Rijksmuseum w Amsterdamie.



Rembrandt van Rijn, Autoportret w berecie

Adriaen Coorte, Martwa natura ze szparagami

W Amsterdamie, po którym chodziłam z niebieskim plecakiem wolontariusza ŚDM i gdzie machałam do chłopaka, który miał czerwony plecak uczestnika. Kilka dni wcześniej byłam w onieśmielająco ekskluzywnym hotelu w uroczym Puerto de Mogan, "małej Wenecji" Wysp Kanaryjskich, czytając Twoją świetną alternatywę i żałując, że nie ma mnie w Kazimierzu. A kolejny tydzień wcześniej spałam na podłodze w Hali Wisły Kraków (co nie przeszkadzało mi bywać codziennie na stadionie Cracovii), zbierałam materiały i byłam najprawdziwszym reporterem, o czym świadczyła naklejka "press" na moim identyfikatorze. 


Nie robiłam nic podobnego nigdy wcześniej, ale jakimś cudem miałam poczucie, że dokładnie wiem, co i jak. Rzadko mi się to zdarza. Tutaj wszystko było nowe, ale nie przerażające. Może wiedziałam, że sobie poradzę, bo jeszcze przed przyjazdem do Krakowa, czekałam w hotelu obok Zawiszy na PB, trochę umierając ze stresu, trochę uspokajając się, że skoro Mariusz jakoś dawał radę już w gimnazjum to ja też przeżyję. Na szczęście PB okazał się najsympatyczniejszym człowiekiem pod słońcem. I bardzo go zainteresowało czym właściwie jest ta "komparatystyka".

Już w Krakowie, jako członek sekcji contentu, miałam około 1000 przemyśleń na minutę, dotyczących tego, co właśnie robię. Te metaprzemyślenia musiały jednak zejść na plan dalszy, bo przecież ciągle pisałam teksty „na temat”. To może teraz czas na meta.

1. Deadline'y dobrze robią człowiekowi.
W Krakowie codziennie pisałam tekst, albo swój fragment do większego tekstu. Oczywiście, były osoby, które to redagowały, czasem coś zmieniały, skracały. Stąd mniejsze dopieszczanie szczegółów. Wysyłało się najlepszy możliwy tekst, ale tez od początku była mowa o tym jak ważna jest szybkość pracy. Więc zawsze z tyłu głowy było to poczucie bezpieczeństwa, że przed publikacją ktoś kompetentny to jeszcze przeczyta i ogarnie. Wniosek z tego taki, że nie wiem, dlaczego dopiero Ci odpisuję.

2. Morał z banału, banał z komunału.
ŚDM to jedna z tych rzeczy, których nie da się tak po prostu opisać. Są takie sytuacje, które trzeba najpierw przeżyć. Zresztą, 2B to też dobry przykład. Ta "nieopisywalność" to niemały problem. Nawet najbardziej niesamowite, wzniosłe, piękne rzeczy mają swoją zwyczajną, nudną twarz. Każdy wielki koncert ma swoje Toi-Toie (jak to się w ogóle odmienia??). Z drugiej strony, każda duża impreza, która w jakiś sposób nawiązuje do duchowości (a Światowe to nawet więcej niż "nawiązują"), jest bardzo narażona na spłycenie jej przesłania. Zarówno przez skupienie na przyziemności, ale i kiedy mówi i pisze się o niej językiem właśnie niepotrzebnie, sztucznie "uduchowionym". Trudno znaleźć tu odpowiedni styl, dobrać konwencję, żeby uniknąć tej maniery językowej, na którą zwracał uwagę ks. Kaczkowski czy często narzeka Szymon Hołownia. I jeszcze jeden poziom „nieopisywalności”. Gadasz z człowiekiem i w całej jego postawie, w oczach, w uśmiechu, w tonie głosu jest autentyzm, szczęście przed chwilą napotkane. I to Cię zachwyca! Wszyscy muszą się o tym dowiedzieć! A potem spisujesz z nagrania jego słowa i wychodzi jakieś beznamiętne „Jest super i Papież jest super” czy coś w tym rodzaju…
 
W więzieniu słów i znaczeń
(a tak naprawdę to w krakowskim MOCAKU)

3. Dziennikarstwo jest twórcze. 
To jest coś oczywistego, ale na każdym spotkaniu redakcyjnym mnie to uderzało. Jeśli wyślesz do jednego wydarzenia 10 osób, dostaniesz 10 różnych tekstów. Każdy z nich zobaczy co innego, porozmawia z kim innym, zwróci uwagę na inne rzeczy. I każdy z tych tekstów będzie prawdą. Ale czy całą prawdą? Częścią jeszcze większej prawdy? I o wydarzeniu? Czy o nich? #postmodernizm #cóżtojestprawda
I do tego, ja, która siadam przed białą kartką mam znów nieskończoność możliwości co, jak i o czym napiszę.

4. Agent na misji.
Często się słyszy, że warto żyć w „tu i teraz”. Uświadamiać sobie swój aktualny stan. Nic bardziej tego nie ułatwia jak świadomość, że będziesz trzeba sensownie przedstawić to ludziom, którzy są w swoim własnym „tu i teraz”. Nagle dostrzegasz więcej. Obserwujesz co robią ludzie. Nie oceniasz, jesteś raczej Czubówną niż Magdą Gessler. Podchodzisz do ludzi bez obawy o to, co sobie pomyślą. Bo jesteś na tajnej misji!

5. Oto jest pytanie.
Zawsze miałam problem z zadawaniem pytań. Podziwiam tych ludzi, którzy na spotkaniach, wykładach, konferencjach mają sensowne pytania do prelegenta. Zawsze trochę im zazdroszczę. Ale sama umiem tylko potakiwać. Nie wiem skąd to się wzięło. Czy ze zbyt niskiej pewności siebie? Czy z generalnie ugodowej natury? Czy z nieumiejętności podważania czyichś racji? Nie lubię też zadawać ludziom pytań trudnych i ważnych. Zwłaszcza ludziom „nieoswojonym”. Więc podchodzić na Błoniach czy na Brzegach do obcych ludzi i pytać o rzeczy najważniejsze? Nie dla mnie. A jednak nauczyłam się i tego!

6. Duchowość masowa.
ŚDM są super. Lednica jest super. Ale nie dla wszystkich. Znam wiele osób, które są głęboko wierzące, ale nie przepadają za tego typu imprezami. Bo bycie częścią tłumu ma swoją specyfikę. Ktoś zachwyci się, że nie jest sam. A kto inny potrzebuje akurat świetnej rozmowy i bycia dostrzeżonym jako konkretna indywidualność. Może dlatego tak łatwo było mi rozmawiać z ludźmi. Wyraźnie się ożywiali, kiedy przedstawiałam się, że jestem z oficjalnej strony ŚDM. Mogli coś powiedzieć i to do kogoś dotrze!  

Napisałam kilka notatek i wymądrzam się o sztuce dziennikarstwa. Nie mówcie Kapuścińskiemu!

Mówię jak jest,
Karo





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz