środa, 15 marca 2017

Książę, syn Młynarza


Droga Karo,

zabierałem się za ten list długo, bo tak to już jest, że gdy się straci regularność (która zdecydowanie ostatnio nam uciekła) to wziąć się znów do pisania nie jest wcale tak łatwo. Ten list miał być zupełnie o czym innym. Ba – miał być o co najmniej kilku innych rzeczach, bo zaczynałem go już dobrych kilka razy i za każdym razem tytuł jak i wątek były inne. Skończyło się inaczej, bo przyszedł czas najwyższy, choć za wcześnie. Wspominałem Ci kiedyś o spisie tytułów, które mam zapisane w tablecie jako awaryjne pomysły na plac. Tytuł „Książę, syn Młynarza” był tam od blisko dwóch lat. Aż do dzisiaj.

Spotkałem go tylko raz. 27 kwietnia 2015 roku. Moje 22. urodziny. Fabryka Trzciny na Pradze Północ. To był jubileuszowy koncert Stasi Celińskiej i jednocześnie premiera jej płyty „Atramentowa”. W holu przy wejściu gawędziły sobie GT z Agnieszką Holland, uśmiechnąłem się do nich, a one się oduśmiechnęły i rozmawiały dalej. Spotkać obie w swoje urodziny? Czy może być lepiej? Miejsca miałem w jednym z ostatnich rzędów, ale przy przejściu, więc biorąc pod uwagę mój wzrost zawsze mogłem patrzeć na scenę albo nad głowami albo z boku. Częściej wybierałem opcję wychylania się na bok, bo widok był lepszy. Od samego początku byłem zachwycony. Piosenki były piękne, teksty mądre, a konferansjerka Stasi prześmieszna i urzekająca. Lekkość, klasa, dowcip.

Na koncert spóźnił się pewien starszy pan. Jako że siedziałem przy przejściu, przechodził tuż obok mnie. Szedł bardzo wolno, powłóczył nogami, ubrany był niezbyt elegancko - jasne spodnie, jasna wiatrówka – ot, trochę jak na ryby. Miałem się obruszyć, a w każdym razie na pewno ze zniecierpliwieniem przewróciłem oczyma, zwłaszcza że poruszał się ku jednemu ze środkowych rzędów naprawdę bardzo powoli, krok za krokiem przez ciemną salę, przygarbiony, zasłaniał mi mój najlepszy widok na scenę, a tam występowała przecież Wielka Artystka! O ironio...

Starszy pan przyciągał jednak wzrok – nic dziwnego, skoro cały czas widziałem głównie jego plecy. W końcu dotarł do swojego miejsca, obrócił się i w blasku reflektorów oświetlających scenę rozpoznałem ten profil, choć tak już bardzo zmieniony wiekiem i chorobą. To był Wojciech Młynarski. Nie wiem, czy większym szokiem było dla mnie to, że to był on czy fakt, że jeszcze kilka sekund wcześniej niemal byłem na niego zły. Koncert trwał, zachwycony byłem dalej, ale moja uwaga nie była już tak skupiona. Po wywołaniu kolejnej jego piosenki tego wieczoru, gdy pani Stasia oznajmiła ze sceny, że jest na sali, dostał owację na stojąco; spontanicznie, od razu. Co jakiś czas zerkałem na niego. Mistrza. Radość, euforia i zachwyt mieszały się z poczuciem wewnętrznego smutku na widok gasnącego płomienia. Nie wytrzymał do końca koncertu. Musiał wyjść. Przez moment spojrzałem w jego twarz, skupioną na ciemnym wąskim przejściu między rzędami krzeseł. Gdy przechodził obok mnie, jego kurtka „na ryby” musnęła przez chwile moje ramię. I już go nie było. Koncert trwał dalej, ale mi na moment ścisnęło się serce, bo wiedziałem już, że Książę odchodzi.



Agnieszka i Jeremi zawsze byli dla mnie wyjątkowi. Ona królowa piosenki, on król. Bezapelacyjny. Tylko oni umieli tak pisać. Takie talenty trafiają się raz na sto lat. Kiedyś zapytałem Magdę Umer, czy są na świecie jeszcze geniusze tacy jak oni. Odpowiedziała, że za mało zna języki obce, żeby móc się wypowiadać za cały świat, ale na szczęście w Polsce jest jeszcze Wojciech Młynarski, który nie dość, że sam pisze to jeszcze te obce języki nam przetłumaczy. Andrzej Poniedzielski mówił o nim „Jego Inteligencja Wojciech Książę Młynarski”. Pozwoliłem to sobie zapożyczyć, bo uważam, że lepszego określenia znaleźć się nie da. Po prostu. Jeśli Agnieszka i Jeremi byli parą królewską to tytuł księcia do Młynarskiego jak najbardziej pasuje, choćby i dlatego, że to Agnieszka miała mu pomagać w karierze i wypromować w Polskim Radiu. Chwaliła się tym nawet w swoich „Rozmowach w tańcu”. Że to jak dobra inwestycja, jak postawienia na właściwego konia na wyścigach. I że ta satysfakcja warta jest każdych pieniędzy.

Długo musiałem się do niego przekonywać, bo zawsze kojarzył mi się z piosenką „Jesteśmy na wczasach”, której za fazę „pucio, pucio” szczerze nie znosiłem od wczesnej podstawówki aż po czasy współczesne. A potem odkryłem, że napisał też inne teksty. A każdy z nich godzien jest listu. Są trochę manifestem, trochę przestrogą, trochę przygodą. Ale wcale nie są trochę. Są bardzo. Od początku do końca. Są bardzo, ale przede wszystkim bardzo mądre. Bo geniusze mają to do siebie, że są mądrzy.

Mam jeden swój ukochany tekst. Jest umieszczony na samym końcu świetnej płyty „Młynarski plays Młynarski”, którą parę lat temu nagrał Janek Młynarski, a zaśpiewała Gaba Kulka. Cała płyta jest genialna, pięknie eksponuje w nowych aranżacjach stare teksty, daje im nowe życie, nowe interpretacje. Sprawie, że stają się nam jeszcze bliższe. Nawet „pucio pucio” nie jest takie denerwujące. A na koniec jest „Szara kolęda”. Gaba śpiewa ją delikatnie, a w ostatniej zwrotce słychać Księcia. Na kilkanaście sekund pojawia się na płycie, która jest o nim. To jedna z moich dwóch ukochanych pastorałek, chociaż w zasadzie nadaje się na cały rok. I myślę, że przez cały rok powinniśmy o niej pamiętać.



Przez ostatnie 2 lata zabierałem się do tego tekstu, żeby napisać o kimś ważnym. Z nadzieją, że może ktoś jeden przeczyta i pomyśli. Bo to teksty warte myślenia. Takie czasy na pracę u podstaw. I lokalne powstania. Jak tamto na sali, żeby chociaż w taki sposób nagrodzić talent. Cieszę się, że go spotkałem, bo nigdy nie miałem okazji spotkać ani Agnieszki ani Jeremiego. A on był ostatni. Ostatni z „trzech królów”. A sześciu niestety nie ma, chociaż ta pomyłka byłaby akurat szczęśliwa.
Przez 2 lata zbierałem się do tego tekstu i cały czas miałem z tyłu głowy, że muszę się spieszyć. Że Książę szedł tym przejściem naprawdę powoli. Nie zdążyłem. Napisałem go dzisiaj, o kilka godzin za późno. Monarchia wygasła. Czeka nas republika, choć demokratyczna poezja to chyba już nie to samo.  A bezkrólewie to naprawdę okropna sprawa.

Ale wiesz co? Róbmy swoje! I w końcu jeszcze w zielone gramy. Grajmy więc.

M.


Jeszcze w zielone gramy, chęć życia nam nie zbrzydła
Jeszcze na strychu każdy klei połamane skrzydła
I myśli sobie Ikar co nie raz już w dół runął
Jakby powiało zdrowo, to bym jeszcze raz pofrunął
Jeszcze w zielone gramy, choć życie nam doskwiera
Gramy w nim swoje role naturszczycy bez suflera
W najróżniejszych sztukach gramy, lecz w tej, co się skończy źle
Jeszcze nie, długo nie! 
>>Wojciech Książę Młynarski<<

1 komentarz:

  1. Dziękuję Ci M za te słowa.
    Też M

    OdpowiedzUsuń